Normalna rzecz z życia

Opowieść o inż. Marku Gmińskim, który komputeryzował Stocznię Gdańską | Archiwum Wspomnień Stoczniowca

Odcinek III

Normalna rzecz z życia

Opowieść o inż. Marku Gmińskim, który komputeryzował Stocznię Gdańską.

Podcast: posłuchaj rozmowy z Markiem Gmińskim.

Czasem próba opowiedzenia czegoś o człowieku skromnym, grozi katastrofą. Nie chodzi tu jednak o człowieka fałszywie skromnego – takiego, z którym błyskotliwa rozmowa toczy się aż miło, aż do momentu, kiedy zaczyna mdlić od powątpiewań w uczciwość opowieści. Rozmowa z tym autentycznie skromnym człowiekiem, tylko jakimś cudem katastrofą jednak nie była.
O tym, co ma w głowie nie mówiłby najchętniej wcale. Bo na przykład sądzi, że nic wyjątkowego mu się w życiu nie przytrafiło albo, że nic wielce ciekawego w życiu nie zrobił. A że był tam, gdzie trzeba było być i robił to, czego wymagała od człowieka zwykła ludzka przyzwoitość, no to co w tym nadzwyczajnego? Był. I robił. Ale żeby o tym gadać od razu? – Może ja nie potrafię tak tego pięknie opowiedzieć… coś skoloryzować… to nie ja…
I żeby go jeszcze o uczucia pytać? Nie, no to już jest przesada naprawdę! – Bo co ja będę mówił, co ja wtedy czułem? Skąd ja mogę wiedzieć, co ja wtedy czułem? Dołączyłem do strajkujących i to wszystko.
A już słowo bohater to jest naprawdę gruba przesada. – Normalna rzecz z życia. W życiu mnie to spotkało i koniec. Jaki bohater?!
W życiu spotkał go m.in. czynny udział w wydarzeniach Grudnia ‘70 i Sierpnia ‘80. Przed pięćdziesięcioma laty rzucał kamieniami i uciekał przed milicją do Bazyliki Mariackiej, a przed czterdziestu, nie wyszedł z pracy do domu, bo zaczął się strajk. Za każdym razem przyłączał się do walki po to, by to nie przynależność się w pracy liczyła, ale praca właśnie – to jak kto pracuje, co potrafi, czego się nauczył, czego chce się nauczyć, a nie do czego należy. I stąd mógłby (ewentualnie) wyciągnąć jakąś tezę o wolności. Zawsze chciał być wolny od ludzi głupich, czyli takich, którzy wolą być za mordę chwyceni, niż samemu coś w życiu zrobić i o to później zawalczyć, obronić, wysilić się. Miewał takich szefów. Głąby, ale za to partyjne. On też był w partii, ale stracił do niej szacunek jeszcze przed strajkami. Obiecał sobie, że już nigdy więcej nikt w partyjność go nie wmanewruje. Dzisiejsza władza też go irytuje. – Jeśli oni wierzą w to, co mówią, to to są gnoje. Jeśli nie wierzą, ale gadają, to są jeszcze większe gnoje. Tak, czy siak – żadnych wartości w nich nie ma – mówi nie kryjąc irytacji i widać, że już żałuje, że dał się wmanewrować w taką rozmowę. Miało nie być o wartościach. On nie jest dobry z tych wszystkich humanistycznych przedmiotów i woli trzymać się ziemi. Zawsze tak było. I jak tu z nim rozmawiać? O co pytać? Może tak po prostu. Od początku?

Mieszkali w Aleksandrowie Kujawskim. Tata, kolejarz po wypadku, na rencie. Mama zajmowała się domem. Parę gęb do wykarmienia. Głód był. Matematyka to było coś, w co można było sobie spokojnie odlecieć i sobie tam być, zapomnieć na chwilę i zagłuszyć głód. Klasówki kończył pierwszy, zawsze najlepszy w klasie. Może i geniusz, ale kto by tam na takiego w Aleksandrowie zwrócił uwagę. Koniec siódmej klasy i każą zdecydować, gdzie kontynuować naukę. Marzył o lotnictwie, ale szkoła daleko. Już w sumie dał wychowawczyni wypełnione zgłoszenie do Technikum Mechaniczno-Elektrycznego w Toruniu, jak reszta kolegów z klasy, ale przypomniał sobie, że w Malborku ma rodzinę, a stamtąd można by dojeżdżać spokojnie do Gdańska. – Zmieniłem kartkę. Napisał na niej tym razem, że chce do Technikum Budowy Okrętów. – A czy rodzice się zgodzą? – zapytała nauczycielka. – Zgodzą się. Tata powiedział, że obojętnie jaka szkoła tylko, żeby była matura. Żeby Teresa nie musiała nam ciągle podań pisać. To taka córka sąsiadów naszych, jakieś szkoły pokończyła i jak trzeba było coś napisać to tata szedł do niej – wspomina. Musiał tylko dostać stypendium, na co miał szansę przy odpowiednim świadectwie i świetnym wyniku z egzaminu wstępnego. – Ojciec renty dostawał 300 zł miesięcznie. Internat w szkole kosztował 247 zł – wylicza. Pierwszy warunek spełniał, z drugim mógł być problem. I był. Dość prozaiczny, ale mógł zaważyć na całym późniejszym życiu.
Droga do Gdańska była otwarta, ale długa. Na egzaminy wstępne jechał pociągiem w nocy. Zdążył, ale zasnął nad kartką papieru tuż przed podaniem zadań. Obudził go chłopak siedzący obok. Egzamin trwał w najlepsze. Marek poprosił sąsiada o podanie zadań, co pilnujący egzaminów nauczyciel wziął za próbę ściągnięcia i zagroził wyrzuceniem z sali. Marek się oburzył, nasrożył i powiedział nauczycielowi prawdę, że nie ściągnął tylko zasnął, czym musiał go ująć, bo dostał zadania. Skończył pisać jako jeden z pierwszych. Wynik musiał być podobnie udany, bo stypendium otrzymał.
Miał czternaście lat i zaczął zupełnie nowe życie. Uczniowie gdańskiego “Conradinum” mieli praktyki w stoczni raz w tygodniu. Na stolarni. To było pierwsze zetknięcie z okrętami w praktyce, ale konsekwentnie odmawia mówienia o “wrażeniach” i “odczuciach”, jakie się z tym wiązały. Przed maturą przyszli do nich przedstawiciele wszystkich polskich stoczni z Trójmiasta i Szczecina. – Ja chcę do Stoczni Gdańskiej, ale muszę mieć gdzie mieszkać – zastrzegł twardo. Przedstawiciele gdańskiego zakładu zapewniali hotel robotniczy. W lipcu 1957 roku przyszło wezwanie do pracy, ale gdy się stawił okazało się, że z mieszkania nici. – Jeśli tak to wracam, ale żądam zwrotu za bilet! – powiedział twardo, czym znów wywołał efekt, bo miejsce na sali w baraku nieopodal lotniska się znalazło, a później dostał pokój w hotelu robotniczym Jantar przy Długim Targu. Na początku piaskował, szorował blachy i malował, ale po paru miesiącach trzasnął pędzlem, poszedł do majstra i zniecierpliwiony wywalił prosto z mostu. – Panie, ja nie po to się uczyłem, żeby teraz te blachy malować! I tak został monterem kadłubowym.
Żeby móc pójść na studia trzeba było przepracować dwa lata, ale on przepracował cztery. W tym czasie pomagał w nauce kolegom uczęszczającym do technikum wieczorowego. Oczywiście w matematyce i fizyce. – Tuż przed egzaminem wstępnym na Politechnikę Gdańską wypiłem z kolegą piwko. Tak mi się sikać chciało, że znów napisałem egzamin wstępny jako pierwszy. Tylko po to, żeby zdążyć do toalety. Pewnie mi te udzielane korepetycje pomogły utrwalić wiedzę, reszta to kwestia szybkości pisania.
Na studiach zainteresował go świat komputerów i nową wiedzę wykorzystał potem do skomputeryzowania stoczni, całego procesu technologicznego budowania okrętów.
W tej części opowieści pan Marek nagle się ożywia. – To była moja prawdziwa pasja. Byłem kierownikiem zespołu projektowego i w ramach tego zajmowałem się integracją konstrukcyjno-technologiczną wspomagania komputerowego. Już wtedy maszyny były sterowane numerycznie. Najpierw to było na taśmach papierowych, potem na dyskietkach. I tak to się wiązało. A potem już na koniec to każdy PC miał u siebie na biurku.
– Czyli, panie Marku, skomputeryzował pan Stocznię Gdańską? – pytam z nadzieją, że uda mi się wycisnąć z niego jeszcze więcej emocji, niż tę odrobinkę, którą właśnie zasygnalizował, mówiąc o swojej pasji. Dopiero po chwili ciszy odpowiedział spokojnie: – No, przyczyniłem się, bo to za górnolotnie to wygląda. Bo to nie tylko dzięki mnie.

– Czym dla pana jest solidarność?

Znów cisza, ale widzę, że naprawdę stara się odpowiedzieć.

– Może tym, że ludzie chcieli i potrafili być razem. W tamtym czasie solidarność była dla mnie czymś nadrzędnym. Była na przykład w tych ludziach za bramą, w czasie strajku. Nie widziało się ich twarzy, ale czuło się ich obecność. Że się jednak nie jest samemu i to dodawało otuchy, odwagi.

W stoczni przepracował 40 lat bez dwóch miesięcy, o czym mówi z pewnym zakłopotaniem, natychmiast dodając, że w 1997 roku wprowadzono przepis, zgodnie z którym można było przejść na emeryturę nieco wcześniej.

Nie chce mówić za dużo o życiu prywatnym. Na stoliku w kuchni dostrzegam kubek z napisem: “dziękuję ci dziadku za wiedzę o życiu, którą się ze mną dzielisz, za miłość, której nie da się opisać i za cierpliwość, która jest nieskończona”. – Lubi pan być dziadkiem? – pytam. I po raz pierwszy na jego twarzy gości uśmiech. – Tak! Tylko, żebym zdrów był. Tylko, żeby zdrowie było…

Widzę, że męczą go wyrzuty sumienia. – Przepraszam, że tak nie umiem pięknie mówić – tłumaczy się. Wychodzi na papierosa na balkon w bloku na gdańskiej Zaspie, patrzy chwilę przed siebie. – O wiem, co mogę panu powiedzieć! – ożywia się. – Bardzo lubię patrzeć, jak dzieci się bawią na placu. Ten widok mnie uspokaja! – mówi i spogląda na mnie badawczo, czy przypadkiem zadośćuczynił w końcu mojej potrzebie wyciągnięcia z niego jakichś emocji.

Zgasił papierosa. Włączył komputer. Odpalił pasjansa.

Inż. Marek Gmiński umarł w grudniu 2019 roku po długiej i ciężkiej chorobie w hospicjum na granicy Gdańska i Sopotu w wieku 80 lat.