Czy może być w życiu większe szczęście?

Opowieść o Stanisławie Składanowskim, stoczniowcy ze Stoczni Gdańskiej i Remontowej, artyście fotografiku | Archiwum Wspomnień Stoczniowca

Odcinek II

Czy może być w życiu większe szczęście?

Opowieść o Stanisławie Składanowskim, stoczniowcy ze Stoczni Gdańskiej i Remontowej, artyście fotografiku.

Podcast: posłuchaj rozmowy ze Stanisławem Składanowskim.

Stanisław Składanowski stocznię fotografuje od przeszło pięćdziesięciu lat, ale zna ją nie tylko jako fotograf. Jest byłym stoczniowcem. W sierpniu ‘80 przeszedł ze Gdańskiej Stoczni Remontowej do Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Z aparatem w ręku.

– Działa się historia, ja byłem świadom tego. Byłem już na tyle zaawansowanym fotoamatorem, że powiedziałem sobie – ja muszę to wszystko zarejestrować…

– Przebywałem na stoczni i w dzień, i w nocy. Fotografowałem, starałem się łapać klimat. Nie chciałem robić takiego suchego fotoreportażu; starałem się pokazywać emocje ludzi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wielu robiło zdjęcia, ale na moich widać tamten klimat. Tę trwogę, ten niepokój ludzi, później radość. W sumie zrobiłem około półtora tysiąca zdjęć. Bo wtedy się robiło jeszcze na materiałach negatywowych. To nie to, co dzisiaj – fotografia cyfrowa, gdzie można nacisnąć spust i niemal, jak kamerą filmową robić zdjęcia. Wtedy trzeba było myśleć przed naciśnięciem spustu, a ja już wtedy robiłem te zdjęcia świadomie. No i dzięki temu dzisiaj moje zdjęcia są rozpoznawalne. A zdjęcie, które stało się ikoną Sierpnia ‘80 – Wałęsa niesiony na ramionach w tym słynnym geście to jest właśnie moje zdjęcie. Stało się ikoną i poszło w świat. Nie tylko to, ale też moment podpisywania porozumień i wiele innych.

To, że sam był stoczniowcem bardzo pomagało mu w pracy, choć na początku strajku nastroje nie były najlepsze.

– Nie ukrywam, że obawiałem się trochę, czy gdzieś tam ktoś nie rzuci we mnie jakimś kamieniem. Tak było przez pierwsze dni strajku. Dopiero po kilku dniach, kiedy do stoczni w czasie strajku zaczęli przybywać fotoreporterzy zagraniczni, a proszę zwrócić uwagę, że było ich sporo wtedy, bo to był czas kiedy festiwal sopocki się rozpoczął i wszyscy ci fotoreporterzy, którzy tam byli na stocznię uderzyli. I w tym momencie zaczęły się pojawiać wycinki z gazet, zachodnich oczywiście, bo nasze gazety tego zupełnie nie pokazywały. I ludzie zobaczyli, że dzięki temu, że są robione zdjęcia, to idzie w świat, później można było już fotografować. Nikt nie miał obaw.

Od początku pracy skupiał się na emocjach ludzi.

– Od zawsze interesował mnie w fotografii człowiek. I tak jest do dzisiaj. Z twarzy człowieka można dużo wyczytać. Po prostu ja lubię obserwować ludzi, zwłaszcza wtedy, kiedy mnie nie widzą. Bo wtedy są naturalni. I to co ja zawsze chcę pokazać to naturalność tych twarzy. Charakterystycznych twarzy.

Był w miejscu, w którym tworzyła się Solidarność. Czy można coś takiego uchwycić na fotografii?

– Ktoś miał radio. Wokół niego utworzył się wianuszek ludzi. Każdy miał inną pozę. Inny wyraz twarzy, ale mieli coś, co było wspólne dla nich. I w pewnym sensie oni solidarnie robili, świadomie bądź nie, tę konkretną czynność. Słuchali tego radia z wielką uwagą. Razem. Czyli to już była jakaś taka akcja solidarna.

– To był piękny czas, gdzie ludzie potrafili się zjednoczyć dla jednej sprawy, pomimo podziałów. Bo wiadomo, że tak jak dzisiaj, tak i wtedy ludzie mieli różne zdanie na różne tematy. Natomiast ten Sierpień ‘80 pozwolił, że ludzie się wokół jednej sprawy zjednoczyli i walczyli o coś słusznego.

– Mieli wspólny cel. To była ogromna więź, która ludzi w jakiś sposób zespoliła. Poza tym, to był też czas, gdzie ludzie nie gonili, tak jak dzisiaj, za tym, żeby mieć na taką skalę. Nie było tej zawiści… I dzięki temu ludzie mogli jakoś bardziej przyjaźnie ze sobą przebywać, rozmawiać, spotykać się.

DODATEK
HISTORIA PEWNEJ FOTOGRAFII

Co musi mieć fotograf, żeby zrobić jedną z najsłynniejszych fotografii, jednego z najważniejszych wydarzeń w historii Polski?

Z całą pewnością musi mieć aparat.
– Dostałem odszkodowanie z wojska. Wystarczyło akurat na nową Praktikę. Taką, wie pan – najnowszą, najlepszą… wtedy…

Musi mieć też pewne oko i sprawne ręce.
– Odszkodowanie dostałem za wypadek, któremu uległem w trakcie dwuletniej służby. W trakcie ćwiczeń na poligonie w ręku wybuchł mi zapalnik od granatu ręcznego. Poczułem straszny ból całej twarzy. Instynktownie zakryłem się czapką, byłem pewien, że straciłem wzrok, ale po paru sekundach uzmysłowiłem sobie, że widzę czerwony obraz. Czyli jednak widzę. A gdy już przetarłem nieco czapką twarz zobaczyłem to, co zostało z mojej prawej dłoni. Postrzępiony kikut. Nauczyłem się potem żyć bez ręki. Ale do życia szybko bym się zniechęcił, gdybym nie nauczył się też fotografować jedną ręką. Bo kocham to i bez tego żyć nie mogę.

Musi zdobyć zaufanie ludzi żyjących w fotografowanych środowisku.
– Wśród stoczniowców byłem swój. Sam przecież byłem stoczniowcem. Do wojska wzięli mnie prosto ze stoczni Remontowej. Tam z kolei przeszedłem ze stoczni im. Lenina. Skończyłem wcześniej Zasadniczą Szkołę Budowy Okrętów w Gdańsku, do którego przyjechałem z małej, mazurskiej wsi Książnik, gdzie było biednie, ale pięknie. Jakoś tak mi się to piękno udzielało, że zacząłem rysować. Dobrze rysowałem. Ale najbardziej chciałem być kapitanem statku. W Gdańsku mieliśmy rodzinę. Rodzice mnie do niej wysłali. To nie było takie złe, bo czułem, że jak już ktoś może zbudować okręt to może później zostać również jego kapitanem. Potem wszystko się szybko potoczyło. Po szkole praca, chwilę później wojsko, wypadek, przez który już tym kapitanem nie zostałem. Ale to w wojsku nauczyłem się fotografii. Wróciłem do “remontówki”, musieli mnie przyjąć bez ręki. Mieli taką specjalną sekcję, w której pracowali ludzie z jakimś fizycznym upośledzeniem. Na stoczni mówili na nas “Matysiaki”. Ja byłem Matysiakiem, który wykorzystywał każdą możliwą okazję, żeby zrobić zdjęcie, co było trudne, bo zakazane. A jak wybuchł strajk to przejść ze Stoczni Remontowej do Gdańskiej nie było trudno. Wszystko mam udokumentowane. Nawet tablicę z pierwszymi postulatami. Trzema. Leżała w łyżce koparki. Wyrzucona. Zapomniana. Były już nowe postulaty. Ale od koparek i architektury wolę fotografować ludzi. A tam, proszę pana, ludzie byli fascynujący.

Musi być wrażliwy.
– A co to niby znaczy? Może zdolność do płakania? W szpitalu zapytali mnie, czy poinformować rodziców. Stanowczo powiedziałem, że nie. Nie wyobrażałem sobie, że zrzucę na nich ciężar martwienia się o syna. Wie pan co to na wsi znaczy brak prawej ręki? Oczywiście nikt się moim zakazem nie przejął i rodzice przyjechali, o czym poinformował mnie ordynator. “Wkładaj szlafrok i chodź, masz gości” – powiedział. Na korytarzu w końcu powiedział mi o kogo chodzi. Na dźwięk słowa “rodzice” nogi się pode mną ugięły. Co ja im powiem? Jak ja im się wytłumaczę? Wchodzę na salę… i wie pan… przepraszam. Nie mogę…

Składanowski płacze. Po chwili kontynuuje.

– Nie zauważyli, że już wszedłem. A ja zamarłem i nie mogłem zrobić ani jednego kroku dalej. Widziałem mojego ojca. Szlochał. Ryczał jak bóbr. Nigdy wcześniej nie widziałem go płaczącego. Zawsze był wielkim, największym na świecie facetem, srogim, ponurym. Nawet się go trochę bałem. Wiedziałem… czułem, że mnie kocha. Ale tę miłość okazywał mi raczej mocnym klapsem, niż przytuleniem. Widywałem, jak się śmieje, ale żeby płakał? Nigdy! A tu zawodził, jak dziecko w ramionach mojej matki. Mama powiedziała mi później, że płakał tak całą drogę do szpitala. A to ona była domową płaczką. Płakała z byle powodu. Tymczasem wtedy to tato trząsł się cały i ona musiała go pocieszać. Jego wielkie ciało dygotało z żalu w objęciach swojej żony. Ja w zasadzie chwilę wcześniej odzyskałem wzrok i uczyłem się patrzeć na świat na nowo. Jakbym się na nowo narodził. Fascynowały mnie kształty odkrywane w szpitalnej sali i na korytarzu, przedmioty tamtejsze, zachwycały mnie kolory. Ale ten obraz mną wstrząsnął. Odcisnął na mnie piętno. Wrył się w pamięć. Wświetlił się w moją psychikę, jak obraz w światłoczuły papier fotograficzny. Widzi pan, do tej pory trudno mi o tym mówić bez ściśniętego gardła. Poczułem wtedy takie pragnienie, żeby utrwalić jakoś tę scenę, emocje, które się z nią wiązały. Odtąd patrząc na świat, zastanawiając się nad ujęciem, towarzyszy mi ta potrzeba. W stoczni też mi towarzyszyła…

Musi mieć szczęście.
– Ja jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Czy może być w życiu większe szczęście, niż robić to, co się lubi najbardziej? Fotografuję, wydaję albumy. Teraz wychodzi najnowszy ze zdjęciami ze stoczni, ze strajku. Ale z tym szczęściem to grubsza sprawa, proszę pana. Mam coś takiego, że, gdy sobie coś wymyślę, wymarzę, to się ziszcza, staje. Tylko muszę o tym na chwilę zapomnieć i potem – trach – i jest. Na wszelki wypadek myślę o rzeczach dobrych dla mnie i dla innych. No i nie chcę zbyt wiele. I jak się o tym pamięta, to – proszę pana – działa, jak cholera! Nie pamiętam, czy wymarzyłem sobie, że zrobię takie słynne zdjęcie, ale – jak się okazuje – zrobiłem. Lubię je. Wałęsa jest na nim taki szczęśliwy. Wszyscy byliśmy. Razem.